Lebron i mebelki (w promocji)
Mógłby być to wpis o nowej zabawnej kampanii reklamowej LeBrona. Choć może nie tak zabawnej jak ta kopia, czy też interesującej jak ta (ciekawe, że w Polsce nikt nie wymyśla takich kontekstów kulturowych). Tyle, że po co.
Kilka dni temu oglądałem niezwykły dokument, choć utrzymany w “mainstreamowym” charakterze amerykańskiego dokumentu, o początkach kariery koszykarskiej LeBrona Jamesa, który w wieku 11 lat wraz ze swoimi kolegami z klasy zaczął dominować wpierw na szkolnych, a później licealnych parkietach. To film nie tylko o sporcie, ale i o strukturze amerykańskiego społeczeństwa, które coraz bardziej jawi się tak, a nie tak. Przede wszystkim o pasji opartej na ambicji ale i potrzebie wspólnoty.
Zeszłoletnie kontrowersje dotyczące zmiany klubu przez LBJ’a , z pewnością w jakimś stopniu (szczególnie dla fanów) Tym niemniej ze sportowego punktu widzenia, ta decyzja była zrozumiała. Mniej dla mnie zrozumiałe jest angażowanie się, tego bądź co bądź czołowego sportowca w kraju, w tak banalne kampanie reklamowe jak ta z początku wpisu, albo i inna. Tak robią znani sportowcy ale PO zakończeniu kariery.
Nie od dziś wiadomo, że więcej zarabia się na reklamach niż na parkiecie/korcie/boisku. Po części z powodów finansowych (względy potencjału rynku) amerykańscy sportowcy wędrują z miast mniejszych, do tych bardziej “pojemnych” reklamowo/wizerunkowo/towarzysko. Jednocześnie traci się dystans pomiędzy tym co sportowe – przy czym sport zawsze polegał na popularności i sławie, już od czasów ateńskich – a wizerunkowe i medialne. Sportowcom coraz trudniej oddzielić te sfery, kiedyś świetny film Spike Lee zwracał uwagę na dodatkowe uwarunkowania profesjonalnej kariery sportowej w Stanach – licznych “cioć i wujków”, rodziny, przyjaciół których trzeba utrzymywać i ich dobro mieć na uwadze.
Być może świadomość ulotności tej kariery, która podobnie jak służby mundurowe
trwa kilkanaście lat – później emerytura, skłania do podejmowania tak merkantylnych decyzji. Choć akurat w tak rynkowym społeczeństwie jak amerykańskie, człowiek z nazwiskiem zawsze znajdzie intratne zajęcie. Jak ten Pan, który nie tylko gada ale i biega, lub ten zacny komentator sportowy, którego pamiętamy przede wszystkim za ten rzut, a choć już mniej z kariery menadżerskiej.
Jeszcze rozumiem sięganie po inne dyscypliny sportowe, szczególnie jak sponsor chce ( i samemu się też chce) zdjąć odium “zdrajcy” (bo już nie “Świadka“)*. W innych przypadkach pytanie “PO CO?” pozostanie chyba bez odpowiedzi.
*tutaj jeszcze jedna – scena w kontekście treści całego filmu zupełnie nie śmieszna, ale wyjęta z tego kontekstu… może odrobinę zabawna – parodia słynnej “The Decision”
P.S. Czy można wygrać z LeBronem/Kobe 1:1? Pewnie że można. Polecam zestaw zmagań wielkich (dosłownie) koszykarzy w cyklu “…vs Ricardo the Busboy Pop-a-Shot”, pojawiających się na antenie telewizji ABC w programie Jimmy Kimmel Live.
