Zimerman mówi…

•Luty 11, 2011 • Dodaj komentarz

@facebook zimerman's sitePolecam fantastyczny wywiad przeprowadzony z Krystianem Zimermanem, który można znaleźć tutaj, a który pochodzi z audycji BBC z 10 maja 2008 roku, której z nieznanych, lub raczej niezrozumiałych przyczyn w dobie internetu i otwartego społeczeństwa, nie można wysłuchać bezpośrednio w naszym europejskim kraju :-) .

Nie uprzedzając przyjemności dźwiękowej lektury, zachęcę jedynie kilkoma wybranymi, a poruszanymi w wywiadzie tematami. Tak więc pianista mówi  :

…że muzyka nie jest dźwiękami, a organizacją cudzych emocji w czasie

…że dygitalizacja nagrań jest tworem sztucznym, a słuchając wykonania chopinowskich preludiów pod palcami Corota po ich oczyszczeniu, miał wrażenie jakby zmuszano go do oglądania w Luwrze bielizny Mona Lisy,

…że najczęściej muzyki słucha w samochodzie, gdyż jest to naturalna okoliczność w której słuchać nie detale a to jak muzyka opowiada historię,

…że nigdy nie gra przed koncertem utworu od początku do końca (!)

…że często stosuje kilka opalcowań utwórów, w zależności od akustyki sali i idącej za tym potrzebnej siły uderzenia,

…że wozi własne fortepiany, tak samo jak skrzypkowie wożą własne instrumenty,

…że pomimo, iż nagranie z orkiestrą traktuje jako bardziej naturalny sposób prezentacji muzyki na płycie (obecność publiczności, choćby w formie członków orkiestry), to z orkiestrami gra sporadycznie od 1999 roku (od koncertów chopinowskich)

…że (jeszcze) nie grywa utworów współczesnych kompozytorów (Boulez, Dutilleux), bo są dla niego za trudne – nie do pracy, ale do publicznego zaprezentowania

… i że James Levine (tego nie mówi wprost) zrezygnował z wykonania z nim Koncertu Lutosławskiego, twierdząc, że to nieciekawa muzyka i poniekąd dlatego i ze względu na okoliczności polityczne i fakt, że ma problemy z wwożeniem instrumentów do Stanów (zniszczyli  – dosłownie – mu jeden z fortepianów na lotnisku w NJ [uzupełnienie ode mnie], nie będzie póki co grał w Ameryce.

Wywiad, który w szaleństwie mediów, udawanych gwiazd i wykonawców sprawia, że można jeszcze wierzyć, że są prawdziwie wolni artyści, ograniczani jedynie może przez własną pokorę wobec muzyki i  publiczności.

Remigiusz Grzela – Bądź moim bogiem (W.A.B)

•Styczeń 5, 2011 • Dodaj komentarz

Spotkanie z tą książką umożliwiła mi jej cena -2.5 zł! (nie pomyliłem się słownie: dwa złote pięćdziesiąt groszy). Tyle kosztuje dziś literatura, fakt, że kupiona w księgarni z tanią książką (godna polecenia na chmielnej 20). Trochę to boli, choć pewnie to wina tego słynnego „rynku”. Czasami zarobi się więcej, czasami mniej. I lepiej, że książka kosztuje parę złotych, a nie idzie na przemiał. Dzięki temu, stoi na mojej półce (żeby nie było, wyszedłem wówczas z księgarnii z innymi siedmioma pozycjami, więc nie jestem sknerą ;-) .

Przechodząc do zawartości. Nie chcę jej tu recenzować. Napiszę jedynie, że tych którzy mieli styczność z ostatnio głośną (choć nie tylko w pozytywnym sensie) książką Agaty Tuszyńskiej „Oskarżona: Wiera Gran”, może do być ciekawy appendiks. Historia na poły biograficzna, na poły powieściowa krążąca wokoło historii tej pieśniarki. Ciekawsza właśnie ze względu na tło (które w istocie zabiera znaczną część książki) niż na wątek fabularny.
Tym niemniej warta polecenia.

Stella Artois w świątecznym stylu

•Grudzień 27, 2010 • Dodaj komentarz

Kreacje reklam tego producenta piwa (niezbyt u nas znanego – o ile w ogóle dostępnego), od lat stawiają na wysoką jakość, często bardzo filmowych, realizacji. Choćby wspomnieć spot z 2007 roku, z udziałem dwóch polskich aktorów – Zbigniewa Zamachowskiego i Wojciecha Klaty. Tu mała dygresja. Nie wiem jakimi torami szły skojarzenia obsadowe autorów tej kreacji z agencji Lowe London, ale skojarzenia z jednym z pierwszych – pytanie czy nie najważniejszych – filmów w dorobku Wojtka klaty nasuwają się same.

To także przykład zupełnie nietypowej na naszym rynku ponad minutowej (w tym przypadku prawie dwie minuty) kopii. Warto zauważyć, już dziś w warunkach rosnącego znaczenia internetu dla komunikacji reklamowej – a jednocześnie znacząco niższych kosztów dystrybucji – tego rodzaju krótkie impresje filmowe, czy wręcz seriale stają się coraz bardziej popularne, przyciągając STALE coraz to nowe rzesze odbiorców – dobrego „filmu” z dość bogatym product placementem :-)

Jeśli kogoś interesują inne filmowe reklamy tego zacnego belgijskiego browaru to jeszcze jedna tutaj i tutaj

Boogie Woogie (reż. Duncan Ward)

•Grudzień 21, 2010 • Dodaj komentarz

Tytuł filmu mógłby sugerować, że jego tematem będzie taniec towarzyski, ewentualnie styl gry na fortepianie rozpowszechniony w latach 20-stych. Faktycznie motywem przewodnim jest sztuka lat 20-stych, a właściwie jedno z dzieł powstałe w tamtym czasie, w ramach cyklu autorstwa Pieta Modriana. A film przedstawia nam środowisko artystów i marszandów sztuki – tak na prawdę jedynie kilka postaci z kręgu współczesnego Londynu. Temat sam z siebie ciekawy, nawet fascynujący, bo mamy okazję podejrzeć kulisy relacji pomiędzy kupującymi, pośredniczącymi i sprzedającymi (bądź niesprzedającymi). Właściwie taki rys, ale bardzo sprawnie sporządzony. Kilka ciekawych ról, granych przez jeszcze ciekawszych aktorów. Panią z Archiwum X, Pana od beethovenowskiej sonaty, Pana pomagającemu we wszystkim, a szczególnie dobrej żonie swojego pracodawcy (fantastyczny aktor), córkę tańczącego Bonda, wreszcie kierownika kręgu magów. Inteligentna historia, pokazująca że wolność, niekoniecznie jest dziś synonimem sztuki. Jeśli to pragnienie w nas się tli, i chcemy je podsycać, to lepiej zobaczyć ten film, lub jeszcze bardziej ten.

Lebron i mebelki (w promocji)

•Grudzień 19, 2010 • Dodaj komentarz

Mógłby być to wpis o nowej zabawnej kampanii reklamowej LeBrona. Choć może nie tak zabawnej jak ta kopia, czy też interesującej jak ta (ciekawe, że w Polsce nikt nie wymyśla takich kontekstów kulturowych). Tyle, że po co.

Kilka dni temu oglądałem niezwykły dokument, choć utrzymany w „mainstreamowym” charakterze amerykańskiego dokumentu, o początkach kariery koszykarskiej LeBrona Jamesa, który w wieku 11 lat wraz ze swoimi kolegami z klasy zaczął dominować wpierw na szkolnych, a później licealnych parkietach. To film nie tylko o sporcie, ale i o strukturze amerykańskiego społeczeństwa, które coraz bardziej jawi się tak, a nie tak. Przede wszystkim o pasji opartej na ambicji ale i potrzebie wspólnoty.
Zeszłoletnie kontrowersje dotyczące zmiany klubu przez LBJ’a , z pewnością w jakimś stopniu (szczególnie dla fanów)  Tym niemniej ze sportowego punktu widzenia, ta decyzja była zrozumiała. Mniej dla mnie zrozumiałe jest angażowanie się, tego bądź co bądź czołowego sportowca w kraju, w tak banalne kampanie reklamowe jak ta z początku wpisu, albo i inna. Tak robią znani sportowcy ale PO zakończeniu kariery.

Nie od dziś wiadomo, że więcej zarabia się na reklamach niż na parkiecie/korcie/boisku. Po części z powodów finansowych (względy potencjału rynku) amerykańscy sportowcy wędrują z miast mniejszych, do tych bardziej „pojemnych” reklamowo/wizerunkowo/towarzysko.  Jednocześnie traci się dystans pomiędzy tym co sportowe – przy czym sport zawsze polegał na popularności i sławie, już od czasów ateńskich – a wizerunkowe i medialne. Sportowcom coraz trudniej oddzielić te sfery, kiedyś świetny film Spike Lee zwracał uwagę na dodatkowe uwarunkowania profesjonalnej kariery sportowej w Stanach – licznych „cioć i wujków”, rodziny, przyjaciół których trzeba utrzymywać i ich dobro mieć na uwadze.

Być może świadomość ulotności tej kariery, która podobnie jak służby mundurowe ;-) trwa kilkanaście lat – później emerytura, skłania do podejmowania tak merkantylnych decyzji. Choć akurat w tak rynkowym społeczeństwie jak amerykańskie, człowiek z nazwiskiem zawsze znajdzie intratne zajęcie. Jak ten Pan, który nie tylko gada ale i biega, lub ten zacny komentator sportowy, którego pamiętamy przede wszystkim za ten rzut, a choć już mniej z kariery menadżerskiej.

Jeszcze rozumiem sięganie po inne dyscypliny sportowe, szczególnie jak sponsor chce ( i samemu się też chce) zdjąć odium „zdrajcy” (bo już nie  „Świadka„)*.  W innych przypadkach pytanie „PO CO?” pozostanie chyba bez odpowiedzi.

*tutaj jeszcze jedna – scena w kontekście treści całego filmu zupełnie nie śmieszna, ale wyjęta z tego kontekstu… może odrobinę zabawna – parodia słynnej „The Decision”

P.S. Czy można wygrać z LeBronem/Kobe 1:1? Pewnie że można. Polecam zestaw zmagań wielkich (dosłownie) koszykarzy w cyklu „…vs Ricardo the Busboy Pop-a-Shot”, pojawiających się na antenie telewizji ABC w programie Jimmy Kimmel Live.

The Special Relationship (reż. Peter Morgan)

•Grudzień 13, 2010 • Dodaj komentarz

@http://www.abc.net.au/atthemovies/txt/s2931041.htmFilm, który zwraca uwagę przede wszystkim za pomocą fantastycznie dobranej obsady.  Martin Sheen (nie spokrewniony z Sheenami z Wall Street czy Czasu Apokalipsy), a pamiętany choćby ze świetnej roli dziennikarza we Frost/Nixon (2009), tu po raz trzeci (po przyjęciu podobnych zadań aktorskich w filmach The Deal (2003) i The Queen (2006) wciela się w postać Tony Blaira, angielskiego premiera rządu labourzystów. Chyba idealnie zrealizowana kreacja, która z pewnością przybliża aktora do którejś ze znaczących nagród. Partneruje mu nie gorszy Dennis Quaid, który mnie dotąd chyba najbardziej zapadł w pamięci z roli kontuzjowanego gracza w Męskiej Grze z Al Pacino. To film typowo aktorskich scen, zagrany subtelnymi półcieniami i kontrastami.

Obrazowi towarzyszy może nie nowatorska, ale jak zwykle wysublimowana muzyka Alexandre Desplata. To kolejny film w tym roku (wcześniej Ghost Writer), gdy francuski kompozytor korzysta z elementów repetytywności w zauważalny dla faktury sposób, a także oddaje pojedyncze głosy instrumentarium syntetycznym (z zadaniami kolorystycznymi). Można jedynie przypuszczać, czy to poszerzanie środków instrumentacyjnych, czy też nowy kierunek (moda? – zauważmy dużo bardziej charakterystyczny i w pełni świadomy podobny zabieg w ścieżce z The Inception u Hansa Zimmera).

Niestety przypuszczalnie film nie do obejrzenia w Polsce w kinach, gdyż to produkcja telewizyjna (HBO). Tu warta zauważenia tendencja, iż coraz więcej produkcji telewizyjnych stoi nie tylko na wysokim realizacyjnym poziomie (np. część seriali amerykańskich), ale także pod względem obsady, reżyserii osiąga -a nawet przewyższa – kinowe standardy. Niech przykładem będzie „You Don’t Know Jack” z zapadającą w pamięć (jeśli nie najlepszą w ostatnich latach) kreacją Al Pacino i z poruszającą historią lekarza walczącego o prawa pacjentów do eutanazji.

Polański – Wanted more than Desired?

•Październik 1, 2009 • Dodaj komentarz

roman_polanski_trial

fot. „Polanski – wanted and desired” by Marina Zenovich/materiały archiwalne

Dawno nie pojawiały się tutaj nowe wpisy, a jak już coś nowego, to właściwie nie na temat. Ale od dzisiaj będzie na temat, bo i te tematy będą miały jakby szersze spektrum.

Na początek sprawa, która zdominowała wszelkie media w ostatnich dniach. Nie zamierzam ich dublować, ani nadmiernie z nimi polemizować, ale mam poczucie, że w tym tumulcie „adwokatów” i „prokuratorów” umykają jakieś podstawowe elementy nad którymi należałoby się pochylić. Tak więc kilka moich osobistych przemyśleń.

  • Faktem jest, że Polański w 1978 roku nie miał uczciwego procesu. Nie był on uczciwy, bo próbowano się „dogadać” – to nie przysługuje każdemu obywatelowi w Stanach, choć jest oczywiście legalne – bo był sławny. Nie był uczciwy, bo chciano go wsadzić do więzienia za wszelką cenę – bo był sławny. Te fakty potwierdził tak prokurator prowadzący sprawę, jak i sędzia, który przejął po niesławnym  Laurence J. Rittenbandzie jej prowadzenie.
  • Polański już raz uciekał…z żydowskiego getta. Kto tego nie przeżył nie ma prawa nawet wyobrażać sobie, co czuje i jak reaguje człowiek obarczony takim doświadczeniem, w zagrożeniu. Obok tego zadajmy sobie pytanie, czy mając możliwości, a w perspektywie kilka-kilkanaście-kilkadziesiąt! (zakładam optymistycznie, że po kilku latach sprawa by przyschła, i za dobre sprawowanie reżyser by wyszedł) lat odsiadki, też bym z tej możliwości nie skorzystał? Nie, czy uważam, że należy stawić się przed sądem, nie czy myślę że należy szanować prawo, ale czy wiedząc że jestem obiektem prawnej i politycznej gry, z takiej możliwości bym nie skorzystał?
  • Dziś argumentuje się, że należy oddzielić artystę od obywatela i że wszyscy wobec prawa są równi. Nie są. Tak jak przewodniczący byle partyjki cieszy się przywilejami – także prawnymi, tak człowiek o osobistej, niepodważalnej od kilkudziesięciu lat reputacji, także ma większe prawo do większej o niego troski. Jest to chyba najbardziej jasny przypadek, kiedy przywileje temu człowiekowi się należą. Właśnie za to co zrobił dla kina, dla kultury, dla nas i kim dziś jest.  I także dlatego, że za Polańskim nie stoi żadna struktura, korporacja, urząd czy tym podobne materie. Za Polańskim stoi ostatecznie tylko Polański, i może jedynie jego rodzina i kilkoro przyjaciół.
  • Wreszcie sprawa ofiary. Nie rozumiem sytuacji, w której próbujemy być jedynie obiektywni. Jest prawo, ale jest i sprawiedliwość. Ofiara wiele razy przyznawała, że wybaczyła Polańskiemu i że większą krzywdą dla niej i jej rodziny dziś, będzie wracanie do tamtej sprawy. Sam Polański, nie dość że jej to wynagrodził, to jeszcze sam odbył pokutę uciekiniera przez 30 lat, jak i twórcy światowego formatu nie mogącego realizować swych filmów w Stanach. Chyba często nie doceniamy tej kary.
  • Na koniec kontekst. Prof. Juszczak w swoich pracach wielokrotnie przywołuje problem „historycyzmu”, nie odrywania analizy historycznej od realiów czasów i miejsca które opisujemy. Możliwe, że zdanie  – zresztą wyrywane z kontekstu – Krzysztofa Zanussiego, opisujące młodą 13-to latkę, jako „młodocianą prostytutkę z Hollywood” było nieuprawnione. Ale chyba trudno oprzeć się wrażeniu, że pojawienie się młodej dziewczyny w domu filmowców o znanych powszechnie obyczajach, za zgodą jej matki i to w latach 60-tych, nie może być traktowane jako niewinny zbieg okoliczności. Prawdopodobnie sama ofiara ma tego świadomość, gdy próbuje mówić wprost do kamery (świetny dokument „Polanski – Wanted and Desired”), że jest świadomie pogodzona z tą sprawą. Nie próbuję tu łagodzić prawnie, czy moralnie popełnionych czynów, a jedynie przywołuję okoliczności, tak by powszechnie powtarzane w mediach zdanie o  „gwałcie na 13-letniej dziewczynce, dokonanym przez młodego reżysera”, zaczęło mieć inny wydźwięk i przestało się tak tabloidyzować.
  • Wreszcie zaszokowała mnie dzisiejsza wypowiedź redaktor Wanat (z Radia TokFM), próbująca wpleść historię Polańskiego w problem walki z pedofilią. Czy to jest uczciwe dziennikarstwo?! Czy sprawca kiedykolwiek zaprzeczył postawionym zarzutom? Czy tu w ogóle można mówić o jakiejkolwiek zbieżności z kwalifikacją tego czynu? Rozumiem, że można prowadzić swoje prywatne krucjaty – także te uprawnione, ale może nie kosztem osób, które na swoje nazwisko pracują publicznie przez dziesięciolecia.
  • Mam nadzieję, że ta przykra dla 76-letniego artysty sytuacja, nauczy nas wszystkich większego dystansu do  naszych osądów, a przede wszystkim do mediów, którymi w istocie my sami jesteśmy.

Ron-Ron, welcome home

•Lipiec 14, 2009 • Dodaj komentarz

Wszyscy już wiemy, że lakersi mają od tego lata w swoich szeregach nowego zawodnika.
Artest(4)Przyjemny chłopak z okolicy.
Mr. Ron Artest wsławił się, lub zniesławił się wieloma występami na parkietach przez szereg lat. Niewątpliwie jest to jeden z bardziej utalentowanych obrońców ligi (Defesive Player of the Year), a takie opowieści z dzieciństwa uzmysławiają nam, że dla niektórych koszykówka to walka o życie (tutaj potwierdzenie prasowe opowieści Rona). Trudno się czasem dziwić, że emocje przekraczają granice rywalizacji sportowej.
Co nas czeka w przyszłym roku? Z pewnością pytań jest wiele. Na papierze, dziś mamy do dyspozycji chyba najtrudniejszą parę obrońców  (Kobe-Ron) w lidze.
Obaj Panowie wyglądają tak:

kobe-artest

I z ciekawością można oczekiwać pojawienia się lakersów nad słonym jeziorem


Czy to nie przypomina nam kogoś?
Poza zdolnościami defensywnymi, Ron zapewne będzie miał wiele okazji do efektywnych rzutów 3 punktowych, w czym zapewne także upodobni się do swojego boiskowego idola (dla znawców tematu, to z pewnością zabawne wideo :-)

A jeśli mówimy o połączeniu koszykówki, niestandardowych metod obrony i zdolności muzycznych, to poniższe wideo powinno nas przekonać, że Ron stanie się częstszym gościem tego bloga.

Gospodarka głupcze

•Lipiec 11, 2009 • Dodaj komentarz

Off-season w pełni, tak więc wiadomości z parkietów finansowych przesłaniają te z parkietów sal koszykarskich. Dwie ciekawe wiadomości dotyczące uwarunkowań finansowych zespołów w nadchodzących latach, które mogą zmienić zapowiadany układ sił.

- Sytuacja ekonomiczna na świecie, jak i przewidywane wydatki jakie będą mogły poczynić kluby w nadchodzących latach, może zmusić zarząd ligi NBA do drastycznego obniżenia tzw salary cup na sezon 2010/11 (podaję za FanHouse). Nie od dziś wiadomo, że lato 2010 będzie jednym z najgorętszych w historii, a to ze względu na fakt, że będzie to moment kończenia się kontraktów wielu znaczących graczy.  LeBron James, Chris Bosh, Dwyane Wade, Amare Stoudemire, Dirk Nowitzki, Joe Johnson, Carlos Boozer, Michael Redd, Steve Nash staną się tzw. „free agents”, a więc nie będą zobowiązani żadnymi ograniczeniami ze strony macierzystych klubów w wyborze nowego (lepiej płatnego) miejsca pracy. Wiele klubów już od zeszłego sezonu „ostrzy zęby” na pozyskanie jednej, dwóch gwiazd, „czyszcząc” swoje listy płac. Niestety. Jeśli czarny scenariusz by się potwierdził, i granica podatku od luksusu będzie wynosiła 61-65 mln $ to wiele z nich zwyczajnie nie będzie na to stać. Tak więc fani Lebrona w Knicks mogą zacząć się martwić.

- Szczególnie, że Król może wybrać zupełnie niespodziewaną opcję. Źródła donoszą, że zespół New Jersey Nets (a pośrednio jeden ze współwłaścicieli, raper i przyjaciel Lebrona Jay-Z) otrzymali zgodę na rozpoczęcie budowy nowej hali dla zespołu na Brooklynie, która mogłaby być gotowa przed 2012  (my też może będziemy mieli wtedy coś nowego). James w tych niepewnych ekonomicznie czasach, może wybrać możliwość przedłużenia jedynie o rok kontraktu z Cavs (to jest do jego decyzji), zgarnąć swoje 17 mln i zawitać dopiero za rok na rynku reklamowym Nowego Jorku (ku uciesze włodarzy z Nike), ale nie w Medison Square Garden, a właśnie w nowej hali w Brooklynie.  Ciekawe co ten Pan miałby wtedy do powiedzenia :-) . Więcej informacji tutaj.

Iverson miks

•Czerwiec 24, 2009 • Dodaj komentarz

Sezon za nami, ale zanim dokonam jego podsumowanie, to tymczasem niezwykle urokliwy miks. Pozornie nic wielkiego, ale w kategorii nowych mediów to forma której jeszcze nie widziałem. DJ Steve Porter napracował się by osiągnąć taki efekt synchronizacji. Może to nie moja estetyka, ale skoro temat koszykówki pojawia się, to umieszczam – bo warto zobaczyć.

Acha, dla niezorientowanych, materiał główny to słynna konferencja prasowa Allena Iversona, gdy tenże użył kilkadziesiąt razy słowa „practise” (trening) w kontekście obłożenia go karą za notoryczne spóźnianie się na treningi i krytykę ze strony trenera Larry’ego Browna w 2002 roku.
Tutaj jeszcze link do innej konferencji prasowej, w czasie gdy Iverson został pozyskany przez Detroit Pistons i słowa będące wypowiedziane w kontekście „practise case” z 2002 roku.

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.